|
Wpisany przez Jaro
|
|
wtorek, 08 maja 2012 09:14 |
|
Dobrze, że czasem można wyjechać na wakacje. Ja odkąd biegam przyzwyczaiłem się do zabieranie wszędzie gdzie wyjeżdżam butów do biegania. Wiadomo, że nie zawsze da się pośmigać ale gdy tylko nadarzy się okazja to jestem przygotowany. Tym razem wybór destynacji urlopowej padł na Kubę. Niestety minusem latania na pracowniczych biletach jest to, że czasami się nie poleci z braku miejsca w samolocie. Tym razem tak się stało i musiałem jeden dzień przymusowo spędzić w Madrycie. Dla biegacza nic straconego. Rok temu też tam byłem i biegałem z czego zamieściłem relację na blogu. Teren do śmigania jest więc rano ubrałem krótkie spodenki i uderzyłem na miasto. Przebiegłem przez wszystkie ważniejsze miejsca w centrum i pobiegałem po parku gdzie jest kilka fajnych podbiegów. Niestety było dość zimno jak na Madryt więc mocno wymarzłem.
Pierwszy bieg na Kubie zaliczyłem w Havanie. Wyszedłem wcześnie rano aby nie dopadł mnie upał. Było około 7 rano a na dworzu panował jeszcze półmrok. Hotel a w zasadzie casa particulares (pokój u lokalnych mieszkańców) miałem przy bulwarze prowadzącym do promenady nad Zatoką Meksykańską. Krótka rozgrzewka i lecę. Z początku biegnie się bardzo fajnie, jest około 21 stopni. Wybiegam na główną promenadę. Co chwilę mijam biegających Kubańczyków. Pozdrawiają mnie podniesionym kciukiem - taki u nich zwyczaj jak u nas machanie łapką. Sporo też jest obcokrajowców - poznaję ich po markowym sprzęcie. Mijam też grupki spacerujących szybkim krokiem seniorów z Kanady. Śmieję się z niektórych lokalnych biegaczy, którzy opatuleni są szczelnie w grube spodnie i bluzy dresowe a mi się robi coraz cieplej. Wszyscy bez wyjątku zaopatrzeni są w buteleczkę wody. Ja stwierdziłem, że na godzinny bieg nie będę nic zabierał i to był błąd. Po około 30 minutach słońce wstało i momentalnie zrobiło się bardzo gorąco i duszno. Dawno nie doświadczyłem tego, że głowa chce biec a nogi nie za bardzo. Na następne biegi już zabierałem wodę i śmigało się o wiele lepiej. Wróciłem po godzinie do hotelu a pot lał się ze mnie jeszcze przez 20 minut.
Następne biegi zaczynałem albo wcześniej albo koniecznie z buteleczką wody. Starałem też się dostosować tempo biegu do warunków. Bardzo przyjemnie biegało się po plaży w Varadero. Twardy i zbity piach blisko wody dawał dobre podłoże do śmigania na bosaka. Popracowały zupełnie inne mięśnie niż zazwyczaj Do tego bryza od morza i woda dawały dodatkową ochłodę. Podziwiałem ludzi którzy biegali po plaży w samo południe gdy słońce mocno dawało się we znaki. Niektórzy utrzymywali nawet niezłe tempo!
Najprzyjemniej biegało mi się w Vinales - małej mieścinie na zachodzie Kuby. Całe miasteczko przebiegało się w 10 minut główną drogą więc zaraz wybiegałem na tereny wiejskie. Cienką drogą pomiędzy wiejskimi zabudowaniami śmigałem sobie w cieniu roślinności. Chyba biegacz był tam rzadkim widokiem bo miejscowi przerywali pracę, żeby mi pomachać. Kilku z nich zagrzewało mnie do daleszego biegu, witało się ze mną - naprawdę bardzo miło i aż chciało się biegać dalej i więcej.
Mimo niekorzystnej aury bieganie po Kubie to sama przyjemność, przyjaźnie nastawieni ludzie i ładne tereny. Przez 10 dni udało mi się nabiegać około 40km na Kubie z czego jestem niezwykle zadowolony.
|
|
|
Wpisany przez Jaro
|
|
niedziela, 22 kwietnia 2012 08:17 |
|
Raz już biegłem na tym terenie ale w zupełnie innych warunkach. Wtedy był to bieg Mikołajkowy i śnieg do połowy łydki a teraz pierwszy naprawdę ciepły kwietniowy dzień. Rzutem na taśmę udało mi się dotrzeć do biura zawodów. Okazało się, że źle spojrzałem w grafik i kończyłem o 10 pracę na Okęciu a do 11:30 musiałem odebrać pakiet w Legionowie. Szybko dojechałem do domu, chwyciłem worek z rzeczami do biegania i na motocykl. Dzięki temu udało mi się już po 11 być na miejscu. Do odbioru lekka kolejka ale wszystko w sympatycznej atmosferze. Fajnie, że kilka rodzajów koszulek do wyboru. Na starcie spotykam Ulę i Michała. Trochę ploteczek i lecę się przebierać. Jako, że impreza jest w lesie i częściowo na polance przebieram się przy motocyklu ale daję radę 

Trochę rozgrzewki przed startem, prowadzący objaśnia trasę - dobieg do pętli - faceci 2 okrążenia, kobitki jedno - w połowie wodopój. Ruszamy. Jest dość ciepło. Staram się nie forsować tempa. Całe szczęście wieje lekki wiaterek to nie jest aż tak upalnie bo część trasy biegnie przez odkryty teren. Dobiegamy do wydmy - to już 2,5km i największy podbieg. Trasa przyjemna - las już się zieleni. Niepokoi mnie bolące kolano już na 4km ale potem przechodzi. Dobiegam do końcówki pierwszej pętli. Wolontariusz wszystkich kieruje na drugie okrążenie, nawet dziewczyny. Po kilkunastu metrach jedna przede mną pyta się mnie czy to wybieg na drugą pętlę. Potwierdzam a ta zawraca. Niestety część z nich uderzyło na drugie okrążenie nieświadome dystansu. Część dopiero na wydmie orientuje się, że pobiegły za daleko. Panowie też cierpią bo omijamy wodopój. Kilku Panów nie wytrzymuje więc i idzie po trasie.
Ja bez forsowania tempa dobiegam do mety. Niestety wyłączył mi się GPS i nie znam nawet swojego czasu ale dystans ponoć wyszedł około 10km. Kolejną wpadką jest to, że na mecie nie ma wogóle wody do picia. Szkoda, bo imprezy w Legionowie charakteryzują się zawsze idealną organizacją. Sytuację ratuje bardzo ładny i stylowy medal.
Zdjęcia: Michał Machnacki
|
|
Wpisany przez Jaro
|
|
wtorek, 17 kwietnia 2012 07:40 |
|
Moje testowe buty Nike Lunarglide +3 mają już na liczniku 700km. Po niespełna 200km zamieściłem pierwszą recenzję - tutaj. Co mogę dodać? Otóż po tylu kilometrach nie widać praktycznie żadnego zużycia. Nic się nie rozkleja, nie rozpada, nie ma żadnych przetarć. Jedynie napisy na wkładce i znaczek Nike+ się starł ale to nieistotny szczegół. Dodam, że buty nie były wogóle oszczędzane. Startowałem w nich w różnych biegach masowych a także stosowałem do codziennych treningów. Warunki pogodowe też przeróżne. Od słonecznej pogody po bieganie w błocie do kostki po lesie. Do tego katowałem je w zimie. Wiadomo to nie są buty trialowe i na ośnieżonych i lodowych ścieżkach brakowało stabilności ale do biegania przy opadze śniegu po miejskich chodnikach wystarczyło. Jedyne co mi się przydarzyło to dwa razy podczas półmaratonu nabawiłem się na jednej nodze odcisku. Nie wiem czy to bezpośrednia wina butów czy połączenia but skarpetka bo pozatym nie powodowały obtarć na krótszych dystansach. Biegałem głównie w chłodne dni więc mi nie przeszkadzała dość kiepska wentylacja, w ciepłe dni też nie zwracałem na to uwagi ale wielu biegaczom to nie pasuje. Podsumowując Lunarglidy to uważam, że są to dobre buty dla początkujących biegaczy ze względu na sporą amortyzację, trwałość oraz uniwersalność. Świetnie nadają się do biegania po miejskich ścieżkach w różnych porach dnia (widoczność) oraz roku oraz zmiennej pogodzie.

|
|
|
|
|
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 następna > ostatnia >>
|
|
Strona 1 z 43 |